Chwilka...

Dlaczego standardowe pakiety to największe ryzyko w ubezpieczeniach?

Dlaczego standardowe pakiety to największe ryzyko w ubezpieczeniach?
Udostępnij:
09 Luty 2026

Mamy 2026 rok, algorytmy potrafią przewidzieć, kiedy wymienisz samochód, a ubezpieczyciele wciąż sprzedają polisy jak chleb w supermarkecie – ten sam bochenek dla wszystkich. Pakiet „Standard", pakiet „Komfort", pakiet „Premium". Brzmi znajomo?

Problem w tym, że Twoje życie nie jest standardowe. Nie jesteś statystyką w excelu. Masz konkretne mieszkanie, konkretny samochód, konkretne obawy. A dostajesz produkt skrojony pod „przeciętnego Polaka", który nie istnieje.

I wszystko działa – dopóki nie zdarzy się szkoda. Wtedy okazuje się, że Twoja „pełna ochrona" ma dziury wielkości stodoły.

Skąd się wzięły pakiety „z półki"?

Dla ubezpieczycieli to wygodne. Jeden produkt, jedna procedura, jeden szablon w systemie. Sprzedawca klika trzy razy, drukuje polisę, następny klient proszę. Szybko, tanio, sprawnie.

Tylko że to wygoda ubezpieczyciela, nie Twoja.

Standardowy pakiet mieszkaniowy chroni przed ogniem i zalaniem. Super. Ale co jeśli Twój problem to nie pożar, tylko pęknięta rura, która zalała sąsiada na dole? Standardowy pakiet często nie zawiera OC w życiu prywatnym. I nagle zostajesz z rachunkiem za cudzy remont.

Albo ubezpieczenie turystyczne. „Koszty leczenia do 50 000 euro" – brzmi solidnie, prawda? Dopóki nie złamiesz nogi w Szwajcarii, gdzie sama operacja kosztuje 40 000 euro, a transport do kraju kolejne 20 000. I już jesteś pod kreską, mimo że „miałeś ubezpieczenie".

To nie są wymyślone scenariusze. To historie, które słyszymy od klientów, którzy przychodzą do nas PO szkodzie. Wcześniej byli pewni, że są zabezpieczeni. Potem przeczytali wykluczenia w swoich OWU.

Historia pana Marka i zalania za 15 tysięcy

Pan Marek kupił mieszkanie w bloku i od razu wykupił ubezpieczenie. Wybrał popularny pakiet „Bezpieczny Dom" – nazwa brzmiała obiecująco, cena była OK, agent powiedział, że to „kompleksowa ochrona".

Pół roku później pękł wężyk od pralki. Woda zalała salon pana Marka i przeszła przez strop do mieszkania sąsiada piętro niżej. Parkiet do wymiany, ściany do malowania, meble zniszczone.

Pan Marek zadzwonił do ubezpieczyciela spokojny – przecież po to płacił składkę.

Ubezpieczyciel wypłacił. Ale tylko za szkody w mieszkaniu pana Marka. Remont u sąsiada? Ponad 15 000 zł? To pan Marek musiał zapłacić z własnej kieszeni.

Dlaczego? Bo jego „kompleksowy" pakiet nie zawierał OC w życiu prywatnym. Tej ochrony nie było w standardzie. Trzeba było ją dokupić osobno. Kosztowała kilkanaście złotych rocznie.

Kilkanaście złotych. Kontra 15 tysięcy.

Gdyby ktoś zapytał pana Marka przy zakupie: „Mieszkasz w bloku? A co jeśli zalejesz sąsiada?" – pewnie by tę opcję dołożył. Ale nikt nie zapytał. Agent sprzedał pakiet, kliknął „zatwierdź", wydrukował polisę. Następny klient.

Dlaczego nikt nie pyta?

Bo pytanie wymaga czasu. Wymaga myślenia. Wymaga znajomości produktów i scenariuszy szkodowych.

Łatwiej sprzedać to, co jest na ekranie. „Oto nasza najpopularniejsza oferta. 95% klientów wybiera ten pakiet." No to biorę, skoro inni biorą.

Tyle że „inni" to nie Ty. Inni mogą mieszkać w domu jednorodzinnym, gdzie zalanie sąsiada nie wchodzi w grę. Inni mogą nie mieć roweru za 8 tysięcy w piwnicy. Inni mogą nie jeździć na nartach do Austrii.

Twoje ryzyka są Twoje. I polisa powinna być Twoja – nie „najpopularniejsza".

Personalizacja to nie luksus

Często słyszę: „Personalizacja? To pewnie droższe". Niekoniecznie.

Czasem personalizacja oznacza WYRZUCENIE rzeczy, których nie potrzebujesz. Standardowy pakiet AC może zawierać assistance z limitem 500 km holowania, bo „tak jest w szablonie". Ale jeśli jeździsz tylko po mieście, wystarczy Ci 50 km – i możesz zapłacić mniej.

Czasem personalizacja to DODANIE jednej klauzuli za kilka złotych, która ratuje Cię przed katastrofą. Jak OC w życiu prywatnym pana Marka.

Czasem to ZMIANA limitów – podniesienie sumy ubezpieczenia kosztów leczenia w polisie turystycznej z 50 000 na 200 000 euro kosztuje często tylko 20-30 zł więcej. Ale różnica przy poważnej szkodzie to być albo nie być.

Personalizacja to nie „premium za dodatkową opłatą". To podstawowa przyzwoitość – dopasowanie ochrony do człowieka, nie człowieka do ochrony.

Czego powinieneś wymagać od agenta?

Dobry agent nie sprzedaje. Dobry agent pyta.

Pyta, gdzie mieszkasz – dom czy blok, parter czy piętro, nowe budownictwo czy kamienica. Pyta, co masz wartościowego i gdzie to trzymasz. Pyta, jak żyjesz – czy podróżujesz, czy uprawiasz sporty, czy masz dzieci, czy prowadzisz firmę z domu.

Na podstawie odpowiedzi BUDUJE ofertę. Nie wybiera gotową z listy.

To zajmuje więcej czasu niż kliknięcie „pakiet Standard". Ale dzięki temu nie skończysz jak pan Marek.

Jeśli Twój agent nigdy Cię o nic nie zapytał – masz agenta sprzedawcę, nie agenta doradcę. I warto się zastanowić, czy Twoja polisa naprawdę Cię chroni.

Co możesz zrobić sam?

Zanim odnowisz polisę „jeden do jednego", zadaj sobie kilka pytań:

  • Co zmieniło się w moim życiu od ostatniego roku? Nowe auto? Remont mieszkania? Dziecko? Zmiana pracy?
  • Jakie są moje największe obawy? Kradzież? Zalanie? Choroba za granicą? Wypadek samochodowy?
  • Czy wiem, czego moja polisa NIE obejmuje? (Jeśli nie wiesz – to jest problem)
  • Czy sumy ubezpieczenia nadążają za cenami? (Mieszkanie ubezpieczone na 300 000 zł, gdy odbudowa kosztuje 500 000 zł, to niedoubezpieczenie)

Odpowiedzi na te pytania to punkt wyjścia do rozmowy z agentem. Albo do zmiany agenta, jeśli obecny nie chce rozmawiać.

Przyszłość należy do tych, którzy słuchają

Ubezpieczyciele, którzy zostają przy masowych pakietach, skazują się na wojnę cenową. Klient, który dostaje ten sam produkt wszędzie, wybiera najtańszy. Logiczne.

Ale klient, który czuje, że ktoś naprawdę zrozumiał jego sytuację? Ten nie szuka oszczędności za wszelką cenę. Ten zostaje.

W Magro Ubezpieczenia robimy to od ponad 30 lat. Nie dlatego, że to modne hasło marketingowe, tylko dlatego, że widzieliśmy zbyt wielu panów Marków. Zbyt wiele osób, które płaciły składki przez lata, a w momencie szkody dowiadywały się, że „to nie jest objęte ochroną".

Wolimy spędzić 20 minut więcej na rozmowie przy zakupie, niż tłumaczyć potem, dlaczego ubezpieczyciel odmówił wypłaty.

Bo polisa to nie papier. To obietnica. I powinna być dotrzymana.